niedziela, 19 lipca 2009

Podróż nad Tanganikę

Nareszcie piątek. Tygodniowe zmęczenie tym razem szczególnie dało mi o sobie znać. Mimo, że cel wiadomy – północ Zambii, kierunek: Tanganyika Lake – to dziś ruszamy w nieznane; podróż to jeden wielki znak zapytania – zwlaszcza w Afryce.
Bus z Mansy do Luvingu (około 180 km od Mansy) odjeżdża o 14.00 – tak brzmi oficjalna wersja. Ani dystans, ani godzina w zambijskiej rzeczywistości nic jednak nie znaczą. Ktoś kiedyś trafnie powiedział, że pytanie o kilometry, czy też godzinę odjazdu autobusu w Afryce jest nie na miejscu, nie przyniesie oczekiwanej odpowiedzi. Oczywiście autobus odjedzie... - wtedy kiedy przyjdą ludzie, a 180 km można pokonywać przez cały Boży dzień. Nie inaczej też jest w naszym przypadku. Z Mansy ruszamy po godzienie 17.00, bo wtedy w końcu autobus się zapełnił. Dach - przeładowany bagażami, przesyłkami itp. - czuję niemalże na swojej głowie. Patrzę jak 20 letni busik ostatkiem sił posuwa się do przodu. Już mnie to nie dziwi, strach w oczach towarzyszący na początku doświadczeń afrykańskiej ziemi też rozmył gdzieś czas. Ledwo co wyjechaliśmy z Mansy a tu już pierwszy przystanek: trzeba dostukać, dokopać rozpadający się busik, aby jechał dalej, bo jeszcze może, jeszcze nie rozleciał się całkowicie. Podchodzi do nas wesoły pan z double punchem ( - tutejszy trunek jednorazowy) i mówi: „Nie dojedziecie dzisiaj do Luvingu, ale nie przejmujcie się ja będę was zabawiał.” Wiem, że mimo widocznej ilości promili alkoholu we krwi w słowach tych kryje się prawda, ale czekamy co będzie dalej. Co innego możemy zrobić?

Były jeszcze ze 3 takie przystanki. Dokopywanie, grzebanie i uparte dążenie naprzód tym razem nie pomogły. Samochodzik powiedział „nie” na dobre. Jest godzina 20:00. Słońce zaszło, robi się coraz zimniej. Przyjeżdża duży truck. „Wskakujcie, zabiorę was do Luvingu.” – mówi rozradowany kierowca trucka. My już zmarznięte nie wiemy czy mamy się cieszyć, czy płakać. Jazda w nocy na trucku – będzie baaardzo zimno, ale zrezygnować z podróży??? Nie!! To jednak nie takie proste. Ponieważ szofer trucka zgarnia pasażerów zepsutego busika - obydwaj kierowcy muszą się teraz dogadać co do pieniędzy. W „konwersacji” tej uczestniczy oczywiście cała pobliska wioska, krzycząc jednym głosem, aby szofer zepsutego busa oddał pieniądze szoferowi ciężarówki, który chce zabrać zrezygnowanych ludzi do Luvingu. Po krzykach, kłótniach i wszelkich zbiorowych negocjacjach w końcu ruszmy potężną ciężarówką. Niemogło się to skończyć inaczej. Sąd społeczny jest bardzo silny w Zambii. Ludzie nie daliby żyć takiemu oszustowi. Pan z double punchem zgodnie ze swoją obietnicą „zabawia nas” i stara się aby nam się nie nudziło w drodze. Co jakiś czas słyszę wołanie: „Europeans! How are you?” i mimo, że szczęka podgrywa mi zarówno z zimna jak i z wybojów na drodze odpowiadam oczywiście „Fine!”. „Hehehe, this is Zambia, this is Luapula province!” – słyszę dalej od rozradowanego (wstawionego) pana. Mimo tej całej tragicznej otoczki w podróży tej jest coś niezwykłego, niesamowitego. Spoglądam w górę – nad nami granat ciemnego nieba i nieskończoność gwiazd, dzielę z ludźmi ich los, ich sposób życia, sposób podróżowania. Mimo, że jest mi strasznie zimno, dziękuję Bogu za to, za chwilę też proszę o siły, aby jakoś to przeżyć. Zjawia się szofer: „You two, come inside, it is worm there.” Do Luvingu jechaliśmy 6 godzin. O 3:00 w nocy przyjęte przez salezjanów nie mogłyśmy nacieszyć się ciepłą herbatą. Niestety już za 3 godziny ruszamy dalej: tym razem ciepłym busem do Kasamy, dalej truckiem z 30 -oma innymi jak zwykle rozradowanymi pasażerami. Jedziemy na ziemi, na ziemniakach…, wiatr we włosach..., widok gór na północy, księżyc w pełni, wspomnienie o Polsce i radość z Afryki, która jest… Wieczoram jesteśmy w Mpulungu nad jeziorem Tanganika. Ogarnia mnie wymarzone ciepło. Jesteśmy w dolinie, tu zimno już nie doskwiera. Niczym pielgrzymi znalazłyśmy przyjazne schronienie

czwartek, 2 lipca 2009

"A walk to understand"

Uczę się rozumieć. Nie wiem, czy kiedyś naprawdę zdołam...; Może chodzi o to, aby ciągle się uczyć; rozumieć siebie, rozumieć to, co mnie otacza, to na co mam wpływ i to na co nie mam. Szukam siebie w gmachu napływających bodźców, tracę grunt, ale idę dalej. Wiem, że muszę i że tędy moja droga. Nie zawsze rozumiem, ale ufam – to moje zadanie.

W tym tygodniu, czułam i widziałam jak nieraz sypie mi się grunt pod nogami, nie czuję go, nie widzę swoich błędów, nie widzę też piękna, aż w końcu przepaść ciemności wciąga mnie po raz kolejny.

„Rób po prostu to, do czego zostałeś powołany, reszta wyjaśni się w swoim czasie.” Tyle, lub aż tyle słyszę w otchłani moich krzywych, zagmatwanych, nie poskładanych emocji.

Bywają dni, gdy nie ma już siły, aby przemyśleć miniony dzień, minione wydarzenia, zastanowić się co poprawić. Co mi zostaje? - „So I lay my hands and pray”. Również i tym razem, chyba gdzieś w głębi wiem, że będzie dobrze.

Dźwięki muzyki z „mojego” Zanzibaru przenoszą mnie we wspomnienia… Słyszę krzątanie się Joli – znowu pakowanie… (hehe). Czeka nas kolejna podróż… Tym razem nad Tanganikę, w poszukiwaniu nie odkrytych jeszcze gatunków ryb… :)

piątek, 19 czerwca 2009

"Od dzisiaj nie pijesz!"

Jak zwykle po oratorium czeka na nas grupka chłopaków z najstarszej grupy „BaBosco”. Czeka na co...? Na rozmowę? Wspólne żarty? Nowe słówka (polskie lub angielskie)? Może na prezenty? Tego się chyba już nie dowiem. Co dzień coś nowego i chociaż nie raz po całym dniu pęka mi głowa, a oni jeszcze chcą się „bawić” w: zabieranie piłki, naukę języków lub po prostu „sprawdzanie nas” – jednocześnie dają mi siły.
Idziemy na Sename – postanawiamy tym razem. Senama to pobliski market i tutejsza „ulica rozpusty” zarazem. Znaleźć tam można najpotrzebniejsze rzeczy spożywcze, kosmetyczne itp., a także rozrywkę (puby, kino domowe puszczane z płyt CD za 2000 kwacha, czyli ok 1,50 zł, używki itp.) My wybieramy się po... różaniec :) A właściwie po koraliki na różaniec, takie jak noszą tutejsze dziewczynki przy swoich doczepianych afrykańskich warkoczykach. To moje zamówienie u Saimona w zamian za bluzę, którą chcę mu podarować przed wyjazdem. Jest nas 6-óstka: Ja, Jola i 4 chłopaków z Bosco. Każdy z nich wybiera jeden kolor, który będzie jedną dziesiątką różańca (dzięki temu przy każdym kolorze będę pamiętała o każdym z nich z osobna). Po drodze setki różnorodnych pytań - jak to na dorastających chłopaków przystało. Między innymi: „Asia, do you drink beer?” – Hmmm, i co mam odpowiedzieć... Skłamać? Dzieciom nie kłamię, ale czy i w tym wypadku trzymać się obranej reguły? Tym bardziej, że tutaj picie piwa jest najczęściej równoznaczne ze złem. W drodze powrotnej słyszę, że kobiety w ogóle nie powinny pić piwa. „Bo gdy mężczyzna wróci do domu i będzie chciał zjeść obiad, obiadu nie będzie. Więc Asia od dzisiaj nie pijesz.” Przestrzega mój 14-letni przyjaciel. No tak, jeszcze kilka dni z tymi „mądralami” i wrócę nie tylko z różańcem, ale jako zupełny abstynent...? :)

piątek, 12 czerwca 2009

W pewien piątek...

Żegnam dzieci przy bramie... Widzę przed sobą dużą gromadę, w której moje spojrzenie przyciągają oczy Annie – często roześmiane, ale równie często „nadpoważne” dla 13-letniej dziewczynki. Dziś są jeszcze inne. Pytam ją: „Czy jesteś smutna?”
„Moja mama jest w szpitalu” – słyszę w odpowiedzi. Stoję..., stoję... i rozumiem. Opieram swoją rękę na jej ramieniu i obiecuję modlitwę. Widzę łzy w jej oczach. Tego samego dnia podchodzi Brian mówiąc, że zmarł mu wujek. W kulturze afrykańskiej wujek jest jak drugi ojciec (często też taki zwrot jest wobec niego stosowany). Również obiecuję modlitwę. Tylko tyle mogę zrobić. Po chwili zdaję sobie jednak sprawę, że aż tyle mogę zrobić. Najlepsze co mogę zrobić to znaleźć siłę poza sobą.

środa, 10 czerwca 2009

Weekend

Poumawialysmy się na spotkania zarówno w sobotę jak i w niedzielę, z czego każde spotkanie bądź zaplanowane przedsięwzięcie zupełnie zmieniło swoją postać. Sobota: 9:05 czekamy na naszego „małego przyjaciela” z oratorium, który ma nas zabrać do siebie. Znając podejście do czasu tutejszych ludzi, nie przyszło nam do głowy, aby być przed umówioną porą. A już na pewno nie godzinę wcześniej (co najwyżej później –hehe :) ) Po kilku dniach okazało się jednak, że nasz przyjaciel czekał na nas od godziny 8:00... No nic, widocznie nie przyszedł - zgodnie stwierdzamy z Jolą. Siedzimy pod starym przedszkolem. Patrzymy na Mansę. Krajobraz nieco pustynny, którego już nie dostrzegamy. Wokoło cisza, od czasu do czasu zjawiają się pojedyńcze osoby lub pod nogami przewinie się jakaś reklamówka, tudzież inny odpadek, dający znać, że gdzieś w pobliżu żyją ludzie. Tak wygląda Don Bosco w sobotę rano. Normalnie tu roi się od krzyku bądź śmiechu dzieci. Udajemy się na market. Po drodze odwiedzamy pana, któremu kilka miesięcy temu(!!!) obiecałyśmy „dyskusję o kwestiach krytycznych”. Obiecałyśmy... – czas przeszły, niedokonany (!!!) Stajemy się zbyt tutejsze? Ale trzymając się tutejszej logiki- ważne, że wogóle jesteśmy :)

Rozmawiam z kobietą. Opowiada o witchcraft. Mówi o bólu który jej doskwiera - co wyraźnie maluje się tez na jej twarzy – „pod wpływem czarów kogoś nieprzychylnego”. Widzę łzy w jej oczach. Wiem, że ma za sobą hisorię, którą nie każdy mógłby udźwignąć. Dalej opowiada jak - pod tym samym wpływem, co jej dolegliwości - w ramionach, z krwią wypływającą z jamy ustnej umarła jej córka..., potem umarł jej syn, została „tylko z jednym dzieckiem”... Prosi o pomoc. Jaką pomoc? Nie wiem. Czuję, że jedyne co mogę zrobić, to wysłuchać i „zobaczyć” jej ból.

Tego samego dnia, zostaję wyproszona z grupki pijących osób przez jedną z kobiet, prawdopodobnie za urazę, jakiej się dopuściłam wobec niej. Odmówiłam spróbowania napoju (prawdopodobnie alkoholowego), którym mnie częstowano. W tej kulturze nie ma udawanej skromności. Taka odmowa to policzek.

Niedzielne popołudnie. Tym razem to my spodziewamy się gościa. Jednak, nie. Niespodzianka. Goście zostają wyproszeni. To jest dom dla wolontariuszy. TYLKO - zostaje podkreślone. Ruchome zasady, których do końca nie rozumiemy... Wychodzimy więc z naszymi gośćmi... Słyszę w sobie dziecko, któremu nie wytłumaczono dlaczego, lecz narzucono. Co zrobi w takim wypadku dziecko? Oczywiście się zbuntuje. Dzieci są mądre. Dobrze, że w nas ciągle się odzywają...

piątek, 5 czerwca 2009

Co kryje się za teńczą?


Za mną kolejny tydzień... Jest coraz zimniej, a we mnie coraz więcej. Czuję się bogata. W doslownym sensie (nawet jak na wolontariusza) rzeczywiscie jestem.
W oratorium czuję się jak... w rodzinie, wśród ludzi wokoło jak... wśród przyjaciół, w przedszkolu jak... wśród swoich dzieci, a perspektywa końca coraz wyraźniej zarysowuje przede mną swoje kontury. Tym co wciąż mnie zadziwia najczęściej jest doświadczanie Boga. Każdy tydzień stawia przede mną nowe zadania, pytania, wątpliwości na które On pozwala mi szukać odpowiedzi i to, o czym tyle słyszałam... – nigdy nie zostaje z tym sama.
Odkrywam ile magii jest w zwyczajnym PROSZĘ. Dzień za dniem, minuta za minutą – słowo staje się rzeczywistością. Bóg to wyzwanie intelektualne -nigdy nie doścignięte.
Cieszę się na myśl o znajomych twarzach na podlaskiej ziemi..., już tęsknię za tutejszymi..., a z głębi wyczuwam to samo uczucie, co przed wyjazdem niemal 10 miesięcy temu - SPOKÓJ.

Wszystko, czego się uczę - uczę się od najlepszych

W przedszkolu


I nasze oratorium