niedziela, 22 listopada 2009

wirus

Minęły 3 miesiące odkąd wróciłam z Afryki, z Zambii… Choć wspomnienia czasem tak żywe, wyraziste - jak czuje się zapach świeżego chleba przy śniadaniu - mam wrażenie, że jestem tu kupę czasu…To prawda: inny rytm, inne rozmowy, inne sprawy, radość z przyjaciół, z miejsc za którymi tęskniłam, o których marzyłam i Tęsknota… Tęsknota za Afryką po prostu, a najbardziej za jej mieszkańcami… Wprawdzie na badaniach nie byłam, ale boję się, że mam wirusa…, wirusa miłości do tej ziemi. Podobno kto raz ją pokochał, ten zawsze będzie chciał wrócić… Na pytanie kiedy tam wracam, zazwyczaj odpowiadam „nigdy”. Czas, który był nie wróci i nigdy nie będę w tym samym miejscu „po staremu”. Tak, pojawia się chęć spakowania plecaka, sprawdzenia promocji lotniczych…, ale chyba wiem, że to już nie moja droga…, Tu jest trudniej, bo tu czuję, że nie odnajduję się, ale czy chodzi o to aby było łatwiej? Zawsze wybierałam trudniejszą drogę…
Czasami wspomnienie Afryki zdaje się być nierzeczywiste, ale zawsze przeszywające. Dziękuję Ci Matko Ziemio za ten dar, za trud i wszystko co się z nim wiąże. Najbardziej dziękuję Ci za ludzi, za każdego kogo spotkałam i za to czego mnie nauczyli. Dziękuję za tych, którzy są teraz wokół mnie.

piątek, 21 sierpnia 2009

Pewna historia...

Pewnego razu były sobie dwie dziewczyny. Jedna miała charakterystyczny nos, drugą zaś w sposób szczególny odróżniały… stopy. Żyły w kraju „muzungu” (bialych) nie znając się wcale, miały swoje marzenia, swoje życie, przyjaźnie, imprezy, życie podobne do życia wielu innych „muzungu”.

Pewnego dnia rzekł do nich Bóg:
- „Chcę, żebyś pojechała do Zambii.”
- „Do Zambii? Przecież to będzie trudne. Co jeśli nie dam rady?” – odpowiedziała jedna z nich.
- „Niedowiarku! Ja jestem z Tobą.” – odpowiedzial jej Bóg.

Podobne, dylematy, obawy, oczekiwania… i to samo TAK odpowiedziano Bogu sprawiły, że drogi tych dziewczyn - z pozoru tak różne - zeszły się gdzieś na Czarnym Lądzie…
Przez rok czasu dwie muzungu poznawały Zambię: jej mieszkańców, jej życiodajność i jej żniwo, pracę w piekącym słońcu i kojący odpoczynek w cieniu drzewa. Poznawały też same siebie – swoje słabości, talenty i możliwości. Poznawały życie – życie które może być tak różne w zależności od tego w jakiej części świata się urodziłeś. Mimo, że obydwie rasy białej nieraz nie rozumiały nie tylko swoich czarnych przyjaciół, ale także siebie nawzajem. Niejednokrotnie były też dla siebie jedynym oparciem, prezentem czekającym na rozpakowanie. Najwięcej nauczyły się wlasnie przy sobie i przy tych najmlodszych: nauczyły się śmiać, bawić i być odpowiedzialne. Odkryły cząstkę raju wśród innych, poznały przedsmak piekła w sobie. Wbrew pozorom okazało się, że dużo je łączy. Najważniejsze było to, że szukały RAZEM, szukały drogi… do serca dziecka, do zrozumienia Zambijczyka, drogi przetrwania, drogi do siebie i przede wszystkim razem szukały Drogi Do Boga.

Na koniec rzekł Bóg: „Jesteś dzieckiem moim. Dla Ciebie przygotowałem ten dar, dar ten czeka też na wielu innych, którzy zechcą iść moją drogą.”







Najpiękniejszy dar jaki tu otrzymałam to UFNOŚĆ, ufność która od tej pory niech zostanie moim jedynym domem…

wtorek, 4 sierpnia 2009

Gdy każde spojrzenie boli... DRAMA – PO PROSTU DRAMA

Tak jest z chwilą odjazdu. Ostatni tydzień w Mansie, ostatni tydzień w oratorium, ostatnie chwile... Wiem, że teraz jest - powiedzmy - „czas żałoby”, że potrzeba czasu i wszystko wróci do normy, uspokoi się, ale już nigdy nie będzie takie samo... A emocje są emocjami.
Codziennie wstaję przytłoczona ciężarem swojego serca. Ale świadomość nieuchronnej utraty każe mi cieszyć się kolejnym dniem w Mansie, kolejnym dniem z dziećmi. Nie jest to jednak takie proste – trudniejsze niż myślałam. Godzina 14:00 – idziemy. Gdy zamyka się za nami brama z oddali słychać „Waisa” (idą) i zaraz widzę gromadkę
biegnących dzieci i wtedy zaczyna się...: każde spojrzenie, każdy uśmiech... boli. Czuję w swoich oczach i widzę w oczach dzieci tą iskrę pożegnania. Straszne są chwile świadomości UTRATY NA ZAWSZE, (zwłaszcza takiej utraty!!!). Już nie trzeba ich uspokajać, uciszać..., nasłuchują każdego słowa, przypatrują się każdemu ruchowi i ... szukają spojrzeń, których ja z jednej strony unikam, a z drugiej strony chłonę jak mogę... To jest prawdziwe „uświęcanie” - torturowanie samego siebie... Brzmi to dramatycznie, ale koniec to DRAMA, którą trzeba po prostu przeżyć. W niedzielę jedziemy do Lusaki i tam będziemy oczekiwać na wylot. Oratorium zostanie zamknięte, dopóki nie przyjadą dwie nowe duszyczki do biegania z dzieciakami, na co wszyscy czekają.
Ogarnęła mnie tu miłość, której się nie spodziewałam. Nie do mnie, nie do końca ode mnie, lecz jakby pomiędzy, jakby tu powstała, wyrosła, narodziła się i w TAKICH dramatycznych chwilach, ona jest po prostu ZADOWOLONA...?!
Nie można tak dramatyzować! Trzeba zrobić z niej coś dobrego! Tylko jak? Panie, pomóż.


Ostatnie chwile...

piątek, 24 lipca 2009

Pytania i... pytania, a gdzie szukać odpowiedzi?

Jak to jest, że jednego dnia układa się wszystko bez planowania, a drugiego przeradza się w jedną katastrofę? Gdzie jest granica schematu? Mądrość to chyba po części jej rozpoznanie... Zeszły piątek – czas spędzony w oratorium to jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Czas spędzony z dziećmi przestawił mój stan rezygnacji o 180 stopni. Beztroska zabawa, śmiech, bieganie i po prostu zwykła dziecięca RADOŚĆ – skarb nie do odebrania.
Ten piątek niestety był inny. Czy to z mojej winy, czy też czasem sytuacje po prostu zwyciężają twoje panowanie nad nimi...? Nie wiem. Czy nie powinno dziwić mnie to, że nie panuje nad 300 setnym tłumem, czy (jak mi się wydaje) już powinnam to umieć? Czy zawsze się nie poddawać, czy czasem po prostu trzeba sobie odpuścić? Kiedy są większe straty (zwłaszcza dla innych)?
Może są to te pytania, które stawia przed tobą życie, dorastanie, odpowiedzialność? A może powinnam już znać na nie odpowiedź? – Potrzebny olej do głowy – „Święty, nie rzepakowy”.

Dzisiaj przed nami kolejna podróż. Tym razem trochę niechciana, ale trzeba. Mam ciągle nadzieję, że to jak z imprezą na którą nie ma się ochoty, a potem okazuje się że jest Fajnie - Ceremonia Mutomboko w Kazembe - najpopularniejszy festiwal w Zambii: pokazanie się chiefa, tradycyjne tańce, prezydent, no i najważniejsze to zobaczyć jak bawią się ludzie - przegapić nie można, więc pora ruszyć w drogę. Może i tam będą jakieś odpowiedzi.

Czysta RADOŚĆ

Dziś miałam zaszczyt stać się uczestnikiem Czystej Radości. O gdyby tak było zawsze..., W takich momentach rozumiesz pojęcie Wieczności i jej pragniesz. Wszystko to za sprawą naszych młodszych przyjaciół w oratorium. Dzieciaki nie zdają sobie z tego sprawy, ale sprawiły, że przez wspólne 2 godziny odreagowałam (z nadwyżką!!!) napięcie z całego tygodnia, które głowiłam się jak odreaguje przez cały weekend! To się nazywa mistrzostwo. Czysta zabawa, łzy śmiechu, słońce i to RAZEM i to ŻYCIE CHWILĄ – to Czyste Szczęście. Kopanie piłki - nawet nożnej, ściganie się kto pierwszy złapie – niemal zapomniałam jak to jest... tańce w duuuuuuuuużym kółku, pociąg „Don Bosco”... To nasze oratorium w dniach w których króluje Radość. Dni jednak bywają różne... lub może tak naprawdę są różne dla różnych osób?

niedziela, 19 lipca 2009

Tanganyika Lake

Jezioro Tanganika to drugie co do wielkości jezioro na świecie. Otoczone przepięknymi górami, wyłożone kamienistym dnem, błękit wody i jej lśniąca powierzchnią jest jednym z tych miejsc, gdzie człowiek ma wrażenie, że znalazł się w namiastce raju. Tanganika znana jest przede wszystkim z rzadkich oraz nie znanych jeszcze gatunków ryb. Podobno znani amsterdamscy kolekcjonerzy podwodnego świata przybywają tu w poszukiwaniu nowych zdobyczy. W tym okresie nie jest to jednak łatwe. W Zambii panuje teraz pora zimna i wietrzna, co znaczy, że połowy nie są tak częste, a w związku z tym ceny są wygórowane.

W Mpulungu odwiedzamy pierwszy kościół na tej ziemi, wybudowany przez Ojców Białych, zburzony do połowy zachował się jako monument, historia chrześcijaństwa na tej ziemi. Jestesmy blisko granicy z Tanzanią, więc chrzecijaństwo w sposób naturalny laczy się tu z islamem. Kamienistymi drogami snują się dorosli i dzieci okryte w dlugie szaty lub burki - wędrują do szkoly muzulmanskiej.
Jezioro otacza nieskończoność tzw. „Lodgy” – czyli domków do wynajęcia. Budowane na styl afrykański, mają przyciągać turystów. Mpulungu znane jest również z tzw. fisher marketu, na którym codziennie od rana do wieczora odbywa się handel połowami wydobytymi z głębin wody. Można spotkać tu zarówno kapentę – jedną z najpopularniejszych ryb jeziora Tanganika stanowiącą główne pożywienie Zambijczyków, jak i ryby o nieznanym dotąd kształcie i smaku. Jak w całej Zambii, kobiety sprzedają również „donats”, „skunksy” i inne afrykańskie przysmaki tj, smażone bądź „grillowanie” korzenie kasawy, słodkie ziemniaki, czyli wszystko to, czego matką jest zambijska ziemia. Kilogram słodkich ziemniaków kosztuje tu 1200 kwacha (= niecała polska złotówka).
Oczywiście przymusem było zanurzenie się w lśniącej wodzie Tanganiki, a następnie wygrzewanie się w promieniach gorącego słońca. Myślę o Bogu, o tym co za mną i o tym co przede mną. Tu na zambijskiej ziemi odkryłam, że najważniejsze jest – zawsze poddawać się Jego woli, Jego uczynić szoferem swojego życia. Matka Afryka również mnie obdarowała swymi darami. I chociaż ziemia ta, to także ciernie i kłody dostrzegam jak zasiała we mnie ziarno, które dojrzewać będzie już na polskiej ziemi :).









Podróż nad Tanganikę

Nareszcie piątek. Tygodniowe zmęczenie tym razem szczególnie dało mi o sobie znać. Mimo, że cel wiadomy – północ Zambii, kierunek: Tanganyika Lake – to dziś ruszamy w nieznane; podróż to jeden wielki znak zapytania – zwlaszcza w Afryce.
Bus z Mansy do Luvingu (około 180 km od Mansy) odjeżdża o 14.00 – tak brzmi oficjalna wersja. Ani dystans, ani godzina w zambijskiej rzeczywistości nic jednak nie znaczą. Ktoś kiedyś trafnie powiedział, że pytanie o kilometry, czy też godzinę odjazdu autobusu w Afryce jest nie na miejscu, nie przyniesie oczekiwanej odpowiedzi. Oczywiście autobus odjedzie... - wtedy kiedy przyjdą ludzie, a 180 km można pokonywać przez cały Boży dzień. Nie inaczej też jest w naszym przypadku. Z Mansy ruszamy po godzienie 17.00, bo wtedy w końcu autobus się zapełnił. Dach - przeładowany bagażami, przesyłkami itp. - czuję niemalże na swojej głowie. Patrzę jak 20 letni busik ostatkiem sił posuwa się do przodu. Już mnie to nie dziwi, strach w oczach towarzyszący na początku doświadczeń afrykańskiej ziemi też rozmył gdzieś czas. Ledwo co wyjechaliśmy z Mansy a tu już pierwszy przystanek: trzeba dostukać, dokopać rozpadający się busik, aby jechał dalej, bo jeszcze może, jeszcze nie rozleciał się całkowicie. Podchodzi do nas wesoły pan z double punchem ( - tutejszy trunek jednorazowy) i mówi: „Nie dojedziecie dzisiaj do Luvingu, ale nie przejmujcie się ja będę was zabawiał.” Wiem, że mimo widocznej ilości promili alkoholu we krwi w słowach tych kryje się prawda, ale czekamy co będzie dalej. Co innego możemy zrobić?

Były jeszcze ze 3 takie przystanki. Dokopywanie, grzebanie i uparte dążenie naprzód tym razem nie pomogły. Samochodzik powiedział „nie” na dobre. Jest godzina 20:00. Słońce zaszło, robi się coraz zimniej. Przyjeżdża duży truck. „Wskakujcie, zabiorę was do Luvingu.” – mówi rozradowany kierowca trucka. My już zmarznięte nie wiemy czy mamy się cieszyć, czy płakać. Jazda w nocy na trucku – będzie baaardzo zimno, ale zrezygnować z podróży??? Nie!! To jednak nie takie proste. Ponieważ szofer trucka zgarnia pasażerów zepsutego busika - obydwaj kierowcy muszą się teraz dogadać co do pieniędzy. W „konwersacji” tej uczestniczy oczywiście cała pobliska wioska, krzycząc jednym głosem, aby szofer zepsutego busa oddał pieniądze szoferowi ciężarówki, który chce zabrać zrezygnowanych ludzi do Luvingu. Po krzykach, kłótniach i wszelkich zbiorowych negocjacjach w końcu ruszmy potężną ciężarówką. Niemogło się to skończyć inaczej. Sąd społeczny jest bardzo silny w Zambii. Ludzie nie daliby żyć takiemu oszustowi. Pan z double punchem zgodnie ze swoją obietnicą „zabawia nas” i stara się aby nam się nie nudziło w drodze. Co jakiś czas słyszę wołanie: „Europeans! How are you?” i mimo, że szczęka podgrywa mi zarówno z zimna jak i z wybojów na drodze odpowiadam oczywiście „Fine!”. „Hehehe, this is Zambia, this is Luapula province!” – słyszę dalej od rozradowanego (wstawionego) pana. Mimo tej całej tragicznej otoczki w podróży tej jest coś niezwykłego, niesamowitego. Spoglądam w górę – nad nami granat ciemnego nieba i nieskończoność gwiazd, dzielę z ludźmi ich los, ich sposób życia, sposób podróżowania. Mimo, że jest mi strasznie zimno, dziękuję Bogu za to, za chwilę też proszę o siły, aby jakoś to przeżyć. Zjawia się szofer: „You two, come inside, it is worm there.” Do Luvingu jechaliśmy 6 godzin. O 3:00 w nocy przyjęte przez salezjanów nie mogłyśmy nacieszyć się ciepłą herbatą. Niestety już za 3 godziny ruszamy dalej: tym razem ciepłym busem do Kasamy, dalej truckiem z 30 -oma innymi jak zwykle rozradowanymi pasażerami. Jedziemy na ziemi, na ziemniakach…, wiatr we włosach..., widok gór na północy, księżyc w pełni, wspomnienie o Polsce i radość z Afryki, która jest… Wieczoram jesteśmy w Mpulungu nad jeziorem Tanganika. Ogarnia mnie wymarzone ciepło. Jesteśmy w dolinie, tu zimno już nie doskwiera. Niczym pielgrzymi znalazłyśmy przyjazne schronienie

czwartek, 2 lipca 2009

"A walk to understand"

Uczę się rozumieć. Nie wiem, czy kiedyś naprawdę zdołam...; Może chodzi o to, aby ciągle się uczyć; rozumieć siebie, rozumieć to, co mnie otacza, to na co mam wpływ i to na co nie mam. Szukam siebie w gmachu napływających bodźców, tracę grunt, ale idę dalej. Wiem, że muszę i że tędy moja droga. Nie zawsze rozumiem, ale ufam – to moje zadanie.

W tym tygodniu, czułam i widziałam jak nieraz sypie mi się grunt pod nogami, nie czuję go, nie widzę swoich błędów, nie widzę też piękna, aż w końcu przepaść ciemności wciąga mnie po raz kolejny.

„Rób po prostu to, do czego zostałeś powołany, reszta wyjaśni się w swoim czasie.” Tyle, lub aż tyle słyszę w otchłani moich krzywych, zagmatwanych, nie poskładanych emocji.

Bywają dni, gdy nie ma już siły, aby przemyśleć miniony dzień, minione wydarzenia, zastanowić się co poprawić. Co mi zostaje? - „So I lay my hands and pray”. Również i tym razem, chyba gdzieś w głębi wiem, że będzie dobrze.

Dźwięki muzyki z „mojego” Zanzibaru przenoszą mnie we wspomnienia… Słyszę krzątanie się Joli – znowu pakowanie… (hehe). Czeka nas kolejna podróż… Tym razem nad Tanganikę, w poszukiwaniu nie odkrytych jeszcze gatunków ryb… :)

piątek, 19 czerwca 2009

"Od dzisiaj nie pijesz!"

Jak zwykle po oratorium czeka na nas grupka chłopaków z najstarszej grupy „BaBosco”. Czeka na co...? Na rozmowę? Wspólne żarty? Nowe słówka (polskie lub angielskie)? Może na prezenty? Tego się chyba już nie dowiem. Co dzień coś nowego i chociaż nie raz po całym dniu pęka mi głowa, a oni jeszcze chcą się „bawić” w: zabieranie piłki, naukę języków lub po prostu „sprawdzanie nas” – jednocześnie dają mi siły.
Idziemy na Sename – postanawiamy tym razem. Senama to pobliski market i tutejsza „ulica rozpusty” zarazem. Znaleźć tam można najpotrzebniejsze rzeczy spożywcze, kosmetyczne itp., a także rozrywkę (puby, kino domowe puszczane z płyt CD za 2000 kwacha, czyli ok 1,50 zł, używki itp.) My wybieramy się po... różaniec :) A właściwie po koraliki na różaniec, takie jak noszą tutejsze dziewczynki przy swoich doczepianych afrykańskich warkoczykach. To moje zamówienie u Saimona w zamian za bluzę, którą chcę mu podarować przed wyjazdem. Jest nas 6-óstka: Ja, Jola i 4 chłopaków z Bosco. Każdy z nich wybiera jeden kolor, który będzie jedną dziesiątką różańca (dzięki temu przy każdym kolorze będę pamiętała o każdym z nich z osobna). Po drodze setki różnorodnych pytań - jak to na dorastających chłopaków przystało. Między innymi: „Asia, do you drink beer?” – Hmmm, i co mam odpowiedzieć... Skłamać? Dzieciom nie kłamię, ale czy i w tym wypadku trzymać się obranej reguły? Tym bardziej, że tutaj picie piwa jest najczęściej równoznaczne ze złem. W drodze powrotnej słyszę, że kobiety w ogóle nie powinny pić piwa. „Bo gdy mężczyzna wróci do domu i będzie chciał zjeść obiad, obiadu nie będzie. Więc Asia od dzisiaj nie pijesz.” Przestrzega mój 14-letni przyjaciel. No tak, jeszcze kilka dni z tymi „mądralami” i wrócę nie tylko z różańcem, ale jako zupełny abstynent...? :)

piątek, 12 czerwca 2009

W pewien piątek...

Żegnam dzieci przy bramie... Widzę przed sobą dużą gromadę, w której moje spojrzenie przyciągają oczy Annie – często roześmiane, ale równie często „nadpoważne” dla 13-letniej dziewczynki. Dziś są jeszcze inne. Pytam ją: „Czy jesteś smutna?”
„Moja mama jest w szpitalu” – słyszę w odpowiedzi. Stoję..., stoję... i rozumiem. Opieram swoją rękę na jej ramieniu i obiecuję modlitwę. Widzę łzy w jej oczach. Tego samego dnia podchodzi Brian mówiąc, że zmarł mu wujek. W kulturze afrykańskiej wujek jest jak drugi ojciec (często też taki zwrot jest wobec niego stosowany). Również obiecuję modlitwę. Tylko tyle mogę zrobić. Po chwili zdaję sobie jednak sprawę, że aż tyle mogę zrobić. Najlepsze co mogę zrobić to znaleźć siłę poza sobą.

środa, 10 czerwca 2009

Weekend

Poumawialysmy się na spotkania zarówno w sobotę jak i w niedzielę, z czego każde spotkanie bądź zaplanowane przedsięwzięcie zupełnie zmieniło swoją postać. Sobota: 9:05 czekamy na naszego „małego przyjaciela” z oratorium, który ma nas zabrać do siebie. Znając podejście do czasu tutejszych ludzi, nie przyszło nam do głowy, aby być przed umówioną porą. A już na pewno nie godzinę wcześniej (co najwyżej później –hehe :) ) Po kilku dniach okazało się jednak, że nasz przyjaciel czekał na nas od godziny 8:00... No nic, widocznie nie przyszedł - zgodnie stwierdzamy z Jolą. Siedzimy pod starym przedszkolem. Patrzymy na Mansę. Krajobraz nieco pustynny, którego już nie dostrzegamy. Wokoło cisza, od czasu do czasu zjawiają się pojedyńcze osoby lub pod nogami przewinie się jakaś reklamówka, tudzież inny odpadek, dający znać, że gdzieś w pobliżu żyją ludzie. Tak wygląda Don Bosco w sobotę rano. Normalnie tu roi się od krzyku bądź śmiechu dzieci. Udajemy się na market. Po drodze odwiedzamy pana, któremu kilka miesięcy temu(!!!) obiecałyśmy „dyskusję o kwestiach krytycznych”. Obiecałyśmy... – czas przeszły, niedokonany (!!!) Stajemy się zbyt tutejsze? Ale trzymając się tutejszej logiki- ważne, że wogóle jesteśmy :)

Rozmawiam z kobietą. Opowiada o witchcraft. Mówi o bólu który jej doskwiera - co wyraźnie maluje się tez na jej twarzy – „pod wpływem czarów kogoś nieprzychylnego”. Widzę łzy w jej oczach. Wiem, że ma za sobą hisorię, którą nie każdy mógłby udźwignąć. Dalej opowiada jak - pod tym samym wpływem, co jej dolegliwości - w ramionach, z krwią wypływającą z jamy ustnej umarła jej córka..., potem umarł jej syn, została „tylko z jednym dzieckiem”... Prosi o pomoc. Jaką pomoc? Nie wiem. Czuję, że jedyne co mogę zrobić, to wysłuchać i „zobaczyć” jej ból.

Tego samego dnia, zostaję wyproszona z grupki pijących osób przez jedną z kobiet, prawdopodobnie za urazę, jakiej się dopuściłam wobec niej. Odmówiłam spróbowania napoju (prawdopodobnie alkoholowego), którym mnie częstowano. W tej kulturze nie ma udawanej skromności. Taka odmowa to policzek.

Niedzielne popołudnie. Tym razem to my spodziewamy się gościa. Jednak, nie. Niespodzianka. Goście zostają wyproszeni. To jest dom dla wolontariuszy. TYLKO - zostaje podkreślone. Ruchome zasady, których do końca nie rozumiemy... Wychodzimy więc z naszymi gośćmi... Słyszę w sobie dziecko, któremu nie wytłumaczono dlaczego, lecz narzucono. Co zrobi w takim wypadku dziecko? Oczywiście się zbuntuje. Dzieci są mądre. Dobrze, że w nas ciągle się odzywają...

piątek, 5 czerwca 2009

Co kryje się za teńczą?


Za mną kolejny tydzień... Jest coraz zimniej, a we mnie coraz więcej. Czuję się bogata. W doslownym sensie (nawet jak na wolontariusza) rzeczywiscie jestem.
W oratorium czuję się jak... w rodzinie, wśród ludzi wokoło jak... wśród przyjaciół, w przedszkolu jak... wśród swoich dzieci, a perspektywa końca coraz wyraźniej zarysowuje przede mną swoje kontury. Tym co wciąż mnie zadziwia najczęściej jest doświadczanie Boga. Każdy tydzień stawia przede mną nowe zadania, pytania, wątpliwości na które On pozwala mi szukać odpowiedzi i to, o czym tyle słyszałam... – nigdy nie zostaje z tym sama.
Odkrywam ile magii jest w zwyczajnym PROSZĘ. Dzień za dniem, minuta za minutą – słowo staje się rzeczywistością. Bóg to wyzwanie intelektualne -nigdy nie doścignięte.
Cieszę się na myśl o znajomych twarzach na podlaskiej ziemi..., już tęsknię za tutejszymi..., a z głębi wyczuwam to samo uczucie, co przed wyjazdem niemal 10 miesięcy temu - SPOKÓJ.

Wszystko, czego się uczę - uczę się od najlepszych

W przedszkolu


I nasze oratorium


niedziela, 31 maja 2009

Ah, cóż to był za dzień...

Wróciliśmy. Rozśpiewani i roześmiani, zapakowani na dwa samochody z nowym bagażem wiedzy i doświadczeń.
W sobotę już po 8 rano gromadka dzieci zastukała do naszych drzwi. Ubrani w odświętne stroje – nie do poznania! – z szerokim uśmiechem wymachiwali listami z podpisem rodziców wyrażającym zgodę na wycieczkę do Mansa Airport. Nie obyło się bez zamieszania. Część dzieci, która nie znalazła się na liście, również się zjawiła przygotowana do wyjazdu z nadzieją, że uda się ich jakoś przepchnąć. Niestety, pomimo naszych chęci zabrania wszystkich, nie możemy tego zrobić.
Wyruszamy. Chyba cała Mansa słyszy jak Junior Oratory jedzie trackiem na lotnisko. Tym razem zagrzewać dzieci do śpiewania nie trzeba. Droga krótka – zaledwie 10 minut, ale na twarzy czuję łzy. Nie wiem, czy to przebijające słońce, czy czyste szczęście...? Widzę roześmiane twarze z błyskiem w oczach, spoglądające w moją stronę. Gdy dojeżdżamy, po raz kolejny czuję „Boską pewność” i opiekę. Na pasie stoi samolot. Taki widok na mansowym lotnisku graniczy z cudem. Dzięki temu dzieciaki miały okazję zapoznać się nie tylko z punktem metorologicznym, czy officem patrolującym – rzadkie, ale jednak - przyloty i wyloty, lecz również z obsługą i działaniem samolotu. Były pytania, zadziwienia i oczywiście marzenia o zostaniu pilotem...
Po dawce nowej wiedzy, rozegranym meczu między chłopakami i „damskiej siatkówce” z dziewczynami, regenerowaliśmy wszyscy siły przy wspólnym posiłku w skład którego wchodziły: maheu (rodzaj napoju energetycznego przypominający w smaku płynną kaszę manną), bułka i herbatniki. Po raz pierwszy udało się zjeść razem w spokoju, bez przepychanek i dzikiego szału i jaki zazwyczaj towarzyszy w oratorium przy jakimkolwiek rozdawaniu (zwłaszcza) jedzenia. Na koniec przy naszym deserze (czyli przy popcornie) słuchaliśmy historyjek w wykonaniu dzieci.
Wspólna modlitwa, podziękowanie panom i paniom z lotniska i znowu wskakujemy tym razem na dwa mniejsze, czterokołowe pojazdy. Jeszcze bardziej ściśnięci – niestety track nie mógł po nas przyjechać– z tą samą lub większą radością wracamy do naszego Don Bosco. Na miejscu „tukamonana mailo” (do zobaczenia jutro) i wyrazy podziękowania od dzieci (po raz pierwszy wypowiadziane przez nie z samych siebie) utwierdziły w wartości i sensie podobnych wojaży... Zrobiły tylko jedną „szkodę” – rozbudziły chęci na jeszcze. Oj, siostry będą mieć teraz nas i nasze pomysły na głowie...

piątek, 29 maja 2009

WIELKI DZIEŃ

Zbliża się wielki dzień. Nastanie jutro… Ja, Jola, nasi liderzy z oratorium i około 50 dzieciaków jedziemy na wycieczkę. Nasza pierwsza wycieczka oratoryjna. Wprawdzie nie daleko, bo 10 minut drogi na pobliskie lotnisko ale ile radości… Dzieci po kilka razy przychodzą pytać się o której godzinie jedziemy. Większość z nich nie wie, co, gdzie i jak będzie się działo, ale ogólne podekscytowanie da się wyczuć od poniedziałku (czyli od dnia w którym się o tym dowiedzieli). Niestety nie u wszystkich. Z około 150 młodych oratorian musieliśmy wybrać zaledwie 50, które jutro o 9 rano załadują się na Tracka. Kolejne trudne zadanie w którym kryterium staje się częstotliwość uczęszczania i oddanie dla naszego oratorium. Wiekszość z nich nigdy nie była na lotnisku, część z nich marzy o zostaniu pilotem…, wspólne śniadanie - lub śniadanie w ogóle – na pewno sprawiają, że zasypiają dziś podekscytowani – tak jak my, chociaż w głowie też pełno obaw: czy zrobiłam wszystko, aby miały jutro dobry czas? I dużo wątpliwości ponad miarę - Jak zwykle oddaje to Bogu – On zawsze wie najlepiej, co zrobić z tym dalej… Jak ja radziłam sobie wcześniej bez takiego poczucia bezpieczeństwa?

JESTEM BRĄZOWA

Dzisiejszy quiz w oratorium przyniósł nową wiedzę nie tylko dzieciom, ale także mi o sobie samej. Jedno z punktów z cyklu „głupie pytania” brzmiało: Jaki kolor skóry mają Jola i Asia? Znając dzieci oraz zambijski sposób myślenia wiedziałam, że spodziewać się mogę wszystkiego. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli: brązowy!!. A ja myślałam, że jestem „muzungu” (biała)!

piątek, 8 maja 2009

STONE TOWN - ZANZIBAR

Tym razem jestem w bardzo wysokim pomieszczeniu w jednej z kamienic Stone Town lub Zanzibar City. Lozka w tym pomieszczeniu sa wysokie z narzucona na gorze moskitiera, ktorej szarosc i zolc sprawiaja, ze rezygnuje z jej nocnej ochrony.
Prawdopodobnie najtanszy hotel w miescie, wiec nie mozna zbyt wiele wymagac... Mimo to podoba mi sie. Jest w nim cos ze sredniowiecznych komnat, co nieslychanie pobudza wyobraznie. Dochodza do mnie wieczorne spiewy z meczetu. Stone Town - to przede wszystkim miasto muzulmanskie i glowny port na Zanzibarze. Tak jak Dar es Salaam, pociagal mnie zmyslami, tak Stone Town pochlania zupelnie moja roztanczona wyobraznie. Nieskończenie wiele wąskich uliczek, w których łatwo i przyjemnie jest się zgubić, ukryte male sklepiki, przyciagajace arabskie zapachy, wysokie kamienice, przewaga motocykli i port z ciagle naplywajacycmi statkami pelnymi tanzanczykow badz turystow. Gościnność ludzi jak tutaj jest naprawdę rzadko spotykana - mieszkańcy żyją głównie z turystyki. Wyspa ta, robi trochę wrażenie, jeszcze innego świata w Afryce, gdzie biały i czarny spotykaja się na troche innej - lepszej planecie.
Zanzibar ma swoja autonomie, jego nazwa zas z jezyka arabskiego oznacza –wyspa czarnych. Przy porcie i przy Oceanie jest tzw food market, gdzie od godziny 18 do późnego wieczora sprzedawcy rozstawiają swoje przysmaki kulinarne. Kraby, ośmiornice, chipaty, homary i wszelkie inne owoce morza jak i tutejsze owoce przyrządzone na różny sposób, pączki, banany smażone i gotowane królują w menu. Kwintesencją jest też tanzańska herbata – masala tea – pyszna: liście herbaty zaparzone z domieszką indyjskiej przyprawy (masali) z mlekiem.

Na Zanzibar z Dar es Salaam plynie sie okolo 3 godziny. W tym czasoe myslami probowalam przeniesc sie 200 lat wczesniej, kiedy tym samym szlakiem przewozeni byli niewolnicy. Wowczas jedna z wysp skad wyplywala najwieksza ich ilosc, dzis najabrdziej przyjazne miejsce jakie spotkalam, zacheca swoja goscinnoscia i zapachem szafronu, cynamonu, czy kardamonu.. Miejsce to urzeklo mnie od pierwszego dnia - a przygoda w nim dopiero sie zaczela...

piątek, 17 kwietnia 2009

W Tanzanskiej wsi

Swiatlo swiec delikatnie rozjasnia ciemne i duze pomieszczenie w ktorym sie znajduje. Duzo w nim sloni - krzeselka stoliki i szafki podtrzymywane sa na ich drewnianych grzbietach. Na zewnatrz pelno jaskrawej zieleni, wysoka trawa i bujna roslinnosc - To tanzanska wies. Nie da sie ukryc, ze rozni sie ona od zambijskiej. Przede wszystkim kroluje tu jezyk suahili. Przestrzen - doslownie - zakrywaja liscie zielonych, roznego rodzaju drzew. Domy zdaja sie byc o nieco lepszym standardzie, a ludzie..., jakby ich troche mniej... lub moze skryli sie za "morzem zieleni". Jestesmy ok 40 km od Dar-es Salaam.

Pierwszy raz kosztuje mleczka kokosowego i podpatruje jak gotuje sie w nim ryz i liscie kasawy - dobrze mi znane, lecz dotychczas bez kokosowego posmaku, ktory nadaje im przezroczysty plyn z kokosa.
Aby dostac sie na tutejszy market dolaczamy sie do jednego z motocyklistow - tutejszych przewoznikow, co kosztuje 1000 szylingow (ok 2.5 zl). Nastepnie bierzemy autobus (minibus), czyli tzw "dala-dala", aby poznac Dar-es Salaam - To miasto portowe, ktorego brzegi okrywa Ocean Indyjski. Jest tu ogromny fish market - jeden z podstawowych zrodel utrzymania wielu ludzi. Spotkac mozna zarowno wysokie, oszklone na wzor wspolczesny budynki, jak i miejsca stare, brudne, jakby dawno zapomniane. Na ulicy panie i panowie w jeansach, badz ubraniach z europejskich magazynow mody lub okryte kolorowymi chustami, nieraz zupelnie calosciowo z ledwie widoczna odslona na oczy - muzulmanki, kobiety w tradycyjnej citendze, mezszczyzni w dlugich szatach i arabskich czapeczkach na glowie. Koegzystencja islamu, chrzescijanstwa czy tez hinduizmu jest wpisana w to miasto. Pelno tu straganow na ktorych leza swieze, poroskladane owoce kuszac przechodni swoja barwa i soczystym zapachem. Oprocz tego pelno rozmaitosci, ktorych nazw i skladnikow jeszcze nie poznalam, kolorowych materialow i masajskiej bizuterii. Miasto to zdaje sie przyciagac przede wszystkim zmysly. Zaprasza, aby sie w nim zanurzyc.
Znudzeni nieco atmosfera tanzanijskiej wsi, postanawiamy z tego zaproszenia skorzystac.

W Parku Narodowym...

Przychodzi po nas szczupla, biala kobieta w towarzystwie niemalze 2 metrowego rownie szczuplego rastamanina. W swoim zielonym mundurze i ciezkich butach przypomina komandosa - "To bedzie wasz przewodnik" - slyszymy. Jedziemy jeepem w kierunku Victoria Falls. Na miejscu spotykamy Alfreda uzbrojonego w bron palna - nasza obstawe przed dzika zwierzyna. Po godzinie tropienia sladow zebry, ogladania pozostalosci po nocnych przechadzkach hipopotama trafiamy w tereny na ktorych z oddali dostrzegamy duzego rozmiaru dzikie zwierzeta. Podchodzimy blizej, to Whitebeast. Niedaleko od nich zza zieleni wynurza sie Buffalo. Zblizamy sie na odleglosc z ktorej ja nie czuje sie juz bezpiecznie, a w wyobrazni widze naglowki gazet pt: "Turysci zaatakowani przez Buffallo". Zadowolony przewodnik karze nam usiasc i spokojnie obserwowac zwierzyne. Byk ten ma rogi tak ciezkie, ktore przygniataja mu glowe, ze z powodu ich ciezaru nie jest w stanie widziec z odleglosci. Pozycja siedzaca jest zatem zdecydowanie bezpieczniejsza. Po zderzeniu twarza w twarz z "jednym z najbardziej nieprzewidywalnych zwierzat" idziemy ogladac stado Wheetbeest. Wraz z zachodem slonca przyjezdza po nas jeep. Po drodze napotykajac jeszcze stado malp, zalujemy troche, ze nie udalo nam sie "wytropic" zyrafy czy zebry, ale podziwiajac zachodzace slonce wsrod piekna przyrody w ktorej dzika zwierzyna szykuje sie do snu zadowoleni wracamy do hotelu. Myslami jestem przy dzieciach z Mansy... Jest to pora w ktorej zazwyczaj wracaja z oratorium do swoich domow. Co robia teraz? O czym mysla?

środa, 8 kwietnia 2009

07.04.2009 Wodospad Wiktorii i rodzina babunow

Po raz pierwszy w Zambii wstaje przed godzina 9. Dzis jedziemy zobaczyc jeden z cudow swiata, odkryty przez Livingstona - Wodospad Wiktorii - tym razem po stronie zambijskiej . Cena wejscia dla rezydentow (czyli dla mnie i dla Joli ) nieporownywalna do turystycznej (niecaly dolar w stosunku do 10-eciu dolarow). Pierwsza niespodzianka: stoimy w piatke w kolejce do wejscia - 4 bialych i 1 czarny - Pani za lada, niepewna tego co widzi , nie moze uwierzyc, ze nasz 5-aty kompan to czysty zambijczyk . Widocznie tacy klienci jej sie nie zdarzaja.

W Zambii zbliza sie koniec pory deszczowej. Woda z wodospadu unosi sie w powietrzu tworzac wodne chmury, widoczne z ulicy naszego hotelu - odleglosci okolo 7 km . W parku, w ktorym mozna ogladac wodospad chmury te nieraz przyslaniaja widok poteznego strumienia wody pedzacego w dol oraz piekna natury wokolo . Woda unoszaca sie z wodospadu nie zostawia na nas suchej nitki. Cieple slonce przedzierajace sie przez zielen dzikiej przyrody wynagradza jednak skutki jej wszechobecnosci.

Piszac to , slysze rozmowe dwojga ludzi :
"Co jest typowym pozywieniem w Zambii?" - pyta chlopak.
"Inshima" - odpowiada dziewczyna
"Jak to smakuje?"
"Jak nic, to tylko maka, nie ma zadnego smaku . Wole nie jesc nic, niz to."
Mysle sobie , ze tak negowana przez dziewczyne inshima jest podstawowym pozywieniem wiekszosci ludzi w naszej Mansie. Przypominaja mi sie slowa pewnej kobiety: "My musimy jesc inshime. To nam daje sile i wypelnia zoladek."
Wracajac do m iejsca gdzie przypadkiem znalazl sie niegdys Livingstone. Tuz przed zakonczeniem naszej wycieczki po krainie wodospadu Wiktorii, znajdujemy zejscie do goracego zrodelka , do ktorego splywa woda z wodospadu . Postanawiamy nim podazac . Z dolu dobiegaja krzyki. To babuny strasza swoja obecnoscia turystow. Te stworzenia zwrocily moja szczegolna uwage. Postanowilam zrezygnowac ze zrodelka do ktorego zmierzamy na rzecz obserwacji ich zycia. Zostalam, wiec sama w ogromnej rodzinie babunow. Nieco niepewnie znalazlam sobie miejsce na pniu jednego z drzew i przygladalam sie jak rodzice czyszcza sobie nawzajem futra, dzieci bawia sie gryzac iciagajac za swoje ogony - Wyglada to, jakby bawily sie w jakis pociag. Szczegolna moja uwage zwrocil najmlodszy, ktory zgodnie ze swoja metryka byl najbardziej ciekawski i coraz to przerywal swoja zabawe przygladajac sie muzungu z aparatem. W pewnym momencie jeden ze starszych osobnikow stanal zupelnie przy mnie , az poczulam jego dotyk na swojej prawej rece. Na moment znieruchomialam, po czym widzac jak skrobie pazurami po moim aparacie, szybko zdalam sobie sprawe, ze zazyczyl sobie go dostac. O nie, tobie sie on nie przyda - pomyslalam i dalam mu do zrozumienia, ze nie oddam go tak latwo. O dziwo przystal na to i szanujac moja decyzje po prostu odszedl . Uff - odetchnelam .
Jutro czeka nas dzika natura w parku narodowym. Moze uda sie wytropic jakas zebre , zyrafe ...