piątek, 17 października 2008

CODZIENNE DOZNANIA ESTETYCZNE


"Pięknie tu masz." - usłyszałam dzisiaj od nowoprzybyłego księdza, który zjawił się w Zambiii, aby poprowadzić u nas warsztaty. Rzecz tyczyła się naszego przedszkola, a ściśliej dzieci. Odwiedził nas w szczytowym momencie szaleństwa dzieciaków: 8 rano - mają jeszcze "czas dla siebie" - co oznacza: tarzanie sie po ziemi, walka o zabawki i powtarzający się zwrot "Ba teacher" (w naszym tłumaczeniue: pani nauczycielko) zapowiadający kolejną skragę. To niesamowite - pomyślałam. Ten cały harmider rzeczywiście jest piękny. I wiecie co? Ma ksiądz rację. Jest pięknie. Bo tam gdzie śmieje się dziecko, może być tylko pięknie.

Codziennie oglądam sztukę (chyba dzięki temu tak bardzo nie doskwiera mi jej brak :) ) Bo odkrywanie dzieci jest - jak to powiedziała Karolina (moja poprzedniczka) - jest jak jakiś teatr - sztuka -chyba na najwyższym poziomie jakiej dotychczas doświadczyłam. Czasami dramat ..., czasami komedia lub po prostu proza codzienności. Patrzysz jak ona rośnie, dorasta i cieszysz się będąc jej częścią. Gdy w oczach dzieci zapalają się światła, wszystko inne mija, zostaje to doznanie, które sprawia, że każdego dnia chce się wstać. Nigdy nie wiem co będzie "grane", jakie emocje przyniesie przedstawienie... i choć reżyserem jest proza życia - wiem, ze..: "mam tu pięknie".

niedziela, 12 października 2008

Śniłam


Stoję nad ogromną przepaścią, jakby bez dna. Wyglada groźnie, jednak uśmiecham się, wiem, że taka nie jest i nic mi się nie stanie. Jednocześnie wiem, że jak się w nią rzucę wzniosę się wysoko. I tak się dzieję. Z pewnym uśmiechem spadam, aby za chwilę, zacząć latać niczym beztroskie dziecko, podrzucane w górę…

Nie wiem, czy to był sen, czy sen na jawie...

sobota, 11 października 2008

"Zasada odwrotności" i pierwsza tęsknota

Sobota: dzień zakupów i sprzątania. Dla sióstr to dzień skupienia, podczas gdy u nas rozbrzmiewa głośna tonacja dźwięków Toples: „Ciało do ciała”- trzeba było sobie jakoś pomóc w żmudnym sprzątaniu. Ależ ja zatęskniłam za polskim weselem… Widzę jak tańczę z moją bratową (pozdrowienia Ewie), z oddali wujek nawołujący do toastu lub Marta z Piotrkiem szalejący na parkiecie :) Ale dosyć o moich "szampańskich wizjach".

Ostatnio odkryłam tu nową zasadę. Wszystko tu jest na odwrót. Twoje spostrzeżenia zmieniają się lub może wzbogacają w diametralnym tempie. Nigdy do końca nie zdefiniowane, zawsze zaskakujące. Ktoś dba żebyśmy za szybko nie wyrabiały sobie sądów o rzeczywistości.
Nasza wycieczka do miasta była dzisiaj pod znakiem poszukiwania prezentów dla naszych „secret friends” – wybranych drogą losowania osób, którym wręczyć mamy prezenty w najbliższy piątek. Jest to dzień wdzięczności wśród salezjanów. U nas będzie obchodzony dosyć uroczyście. Wystawny obiad dla nauczycieli, rozdanie podarków, no i dzień wolny od pracy… Szwędałyśmy się dzisiaj zmęczone w piekącym słońcu i przytłaczającym cieple. Zauważyłam, że w takich chwilach tutejszych ludzi najbardziej zbiera na dyskusję. Zatem nie omieszkał nas pominąć pan z zegarkami – wielce zdziwiony na moje stwierdzenie, że nie kupię żadnego, bo nie lubię zegarków. Jak to - ty z Europy nie lubisz zegarków? Musisz mieć przecież poukładany czas…Na szczęście nie tutaj… :) Zapowiedział swoje odwiedziny w niedzielę… Następny pan/mężczyzna koniecznie chcący towarzyszyć w naszej drodze jak to określiłyśmy: donikąd, „wyznania miłości” na markecie, kolejny pan - zdziwiony dlaczego alkohol pijemy w święta, a nie chcemy z nim wypić teraz. W powrotną drogę szukając krótszej i ciekawszej (czyli nieznanej) drogi postanowiłyśmy udać się przez pola. pomogło nam w tym dwóch panów napotkanych po drodze. Niczym pasterze z drewnianymi laskami przeprawili nas przez rzekę i pola. Zastanawiałyśmy się czy poproszą o pieniądze. Nie prosili, lecz podziękowali za spacer.
No i „zasada odwrotności”…: Idziemy dyskutując jak to miłe są tutejsze starsze panie, podchodzą do nas ze szczególną otwartością i nic od nas nie chcą. Ledwie skończyłyśmy wymieniać te spostrzeżenia, gdy zaczepiła nas starsza kobieta, serdecznie pozdrawiając i… prosząc o talk tima (doładowanie telefonu) :) Naprawdę nie jest to pierwszy przypadek, kiedy wypowiedziane słowo, za chwilę znajduje swoje zaprzeczenie. Jedna z dziewczynek z oratorium, której nie widziałyśmy od przyjazdu w innym ubraniu niż w jednej podartej sukience, następnego dnia zjawia się w spodenkach i t-shircie. Oczywiście gdy tylko (niczego się nie domyślając) udało jej się zanegować nasze spostrzeżenia wróciła do swojej… sukienki. Podchwyciwszy działającą „zasadę odwrotności”, zaczęłyśmy mówić jak to bardzo nie chce nam się … piwa :)

"Afryka dzika" - nie tylko Afryka

Większość rzeczy zaplanowanych na dzisiaj poszła w odstawkę. To jest Afryka – pomyślałam. Jednak zaraz jakiś dobry chochlik sprostował nieco moje myśli – to nie Afryka, tak jest wszędzie. Zatem wracając do wczorajszych planów: dzisiejszy solenizant (jak zawsze obecny), dzisiaj nie zjawił się w przedszkolu. A ja robiłam mu pół nocy koronę ..(hehe – ok. przesadzam z tą połową nocy). Ani Talent Show w oratorium, ani „pogawędka” na temat przestrzegania reguł w przedszkolu nie miały szans na realizację, ale za to zupełnie przypadkiem i spontanicznie zrobiliśmy coś w rodzaju dramy, która jest jednym z moich … cichych marzeń tutaj... Po raz pierwszy od wielu lat grałam też w kosza… Trudno było mi dotychczas uwierzyć, ale to jedna z pasji mojego dzieciństwa. Już przypomniałam sobie dlaczego J
Dzisiaj w końcu udało mi się zrozumieć pewien błąd językowy (???), który dotychczas uważałam raczej za …bezczelność. Chodzi o bardzo popularną postawę niektórych tutejszych ludzi - postawę typu: „Give me”. Słysząc często „give me MY (money, jacket, clock etc.) - nie mogłam zrozumieć jak to YOUR jacket??? Okazuje się jednak, że większość jej przedstawicieli właściwie nie odróżnia słów: my & yours. Bo jak wytłumaczyć stwierdzenie dziecka w przedszkolu: „give me my chair”? Na początku zdenerwowana tego typu „żądaniami”, tak teraz uśmiecham się tylko z niedorzeczności takiego stwierdzenia. Owo „my” jest zwykłym wyuczonym frazesem powtarzanym przy możliwej okazji zdobycia tego, czego w normalnych warunkach nie mogą mieć. Tak naprawdę tutejsza perspektywa białego w postaci potencjalnych zdobyczy nie dziwi mnie, bo niby dlaczego mieliby nie próbować łatwą drogą osiągnąć czegoś, co w ich mniemaniu ułatwi im egzystencję, pozwoli zaspokoić głód chociażby na krótką chwilę. W imię wyższych wartości? Trudno o nich myśleć przy pustym żołądku… Widzę, że zmienić tego nie mogę. Mogę jedynie ofiarować swój czas, uśmiech, być może niewiele przy podstawowych potrzebach, ale to coś, w co zawsze wierzyłam. Chyba dlatego tu jestem…

czwartek, 9 października 2008

NO I MAMY DESZCZ …

Własnie stoczyłam walkę z bandę ciem, które pojawiły się jak dzikie po pierwszym prawdziwym deszczu. Początki opadów dało się odczuć już wczoraj, jednak zaledwie tak, jakby ktoś z nieba nieśmialo i delikatnie bawił sie kropidłem. Dzisiaj natomiast zaszczyciła nas ulewa z prawdziwego zdarzenia. Jak dobrze...


Jutro będziemy obchodzić nasze pierwsze urodziny w przedszkolu. Mały Alex konczy 4 latka i z tej okazji bedzie mógł poczuć się królem przez caly dzien. Na Creative w „starszakach” czeka nas przygotowanie niespodzianki (równiezż urodzinowej) dla Teacher Melby, ktora swoje swięto obchodzić będzie w poniedziałek. Zapowiada sie radosny dzien, może z wyjątkiem ... SCIENCE – na którym postanowiłam odstapić nieco od schematu, ale wcale nie na rzecz Kreatywnosci czy Improwizacji, lecz na rzecz PRZYSWAJANIA (dotychczas byłam tego zagożałą przeciwniczką) – przyswajania reguł – bez których w grach, zabawach jak i codziennych przedszkolnych czynnościach ani rusz. Musimy uciąć sobie z maluchami „pogawędkę” na temat ich przydatności, a że mój Bemba wciąż jest na poziomie bardzo początkujacym, „pogawędka” może być nieco dluzższa :)... W oratorium mamy „Talent Show” i cały czas sie głowie, co tu zrobić, żeby wyłowić ukryte talenty wsród naszych "obdarciuchów". Wiele z tych dzieci ma swoje dary od Boga, które najczęściej nie mają szans na rozwój taki, jaki maja nasze talenty w Europie.


Ostatni czas upłynął mi pod znakiem nabierania silł i poszukiwania w sobie nowych/uśpionych pokładów, którymi mogę sie tu podzielić. Wycieczka do Serenje (400 km w dół) i wspaniały weekend z dawno niewidzianymi przyjaciółmi , zwlaszcza moją kochaną czeską siostrzyczką (na zdjeciu) były potrzebną odskocznią, a zarazem szansą pierwszej tęsknoty za Mansą - moim tutejszym domem. Komary (miejmy nadzieję, że te nie groźne), słońce, relaks i humor dały mi sie we znaki. Odkrywanie nowych skarbów Afryki w postaci przyrody (wodospady, jaskinie) jak i ludzkich dusz, zwiększyło siły i chęci do dalszej pracy. Codzienność, jednak wciaż zaskakuje i stawia na nowo pytania: ile z siebie naprawdę wkładam w jej tworzenie? Ile jest w tym poszukiwania własnych sił, a ile oddawania się w ręce Boga? Ostatnie moje motto: „Take it easy” chyba juzż weszło mi w krew i sama sie sobie dziwie, jak „na luzie” przyjmuje wiele rzeczy. Teraz przyszedł czas na: „Take it as Christ would like you to take it”. Z tym mozże nie być tak łatwo, więc trzymajcie kciuki, a postępy - miejmy nadzieję - opiszę wkrótce.


P.S. Mamy tu w sklepie nasze polskie ogorki korniszone – niesamowite. Wczoraj otworzylysmy je z Jola w zwiazku z uczczeniem nadejścia pory deszczowej :)

środa, 17 września 2008

HERE ARE THE CHAMPIONS


14.09.2008
Dzisiaj mieliśmy przyjemność uczestniczyć w meczu, w którym jedną z drużyn rozgrywających byli nasi chłopacy z oratorium Don Bosco. W odpowiedzi na zaproszenie trenera postanowiłyśmy sobie zrobić z Jolą wycieczkę i powspierać trochę chłopaków. Samfya – miejsce docelowe rozgrywek - to miasteczko oddalone od Mansy ok. 80 km z piękną plażą i wioskami w budowie przypominającymi nieco bardziej nasze polskie domki. Dzisiaj również po raz pierwszy wśród tutejszych ludzi zaskoczyło mnie liczenie się z czasem. W odniesieniu do europejczyków w Zambii funkcjonuje pewne powiedzenie: „Wy macie zegarki, my mamy czas” A więc wcale mi się nie spieszyło i jeszcze 15 minut przed wyjazdem drużyny, leniuchowałam sobie spokojnie na łóżku. O dziwo Michael przyszedł po nas 10 minut przed czasem (!!!), oznajmiając, że wszyscy na nas czekają.…
Wsiadamy do 29 osobowego „busiku”, ale oczywiście bierzemy 39 osób :) Część chłopaków ubrana w czerwono - białe stroje (prawie jak Polska flaga) rozgrzewa towarzystwo przed meczem klaszcząc, i śpiewając. Na początku nieco z dystansem (w końcu dołączyły do nich dwie obce i dziwne istoty ) ale i z nieukrywanym zadowoleniem zerkają z kim mają do czynienia. Droga szybka i przyjemna. Na miejscu część ekipy (tej kibicującej) zabrała nas na spacer po okolicznych wioskach i oczywiście się zgubiliśmy. Na mecz dotarliśmy tuż przed drugą połową, ale tak naprawdę to wtedy wszystko zaczęło się rozgrywać. Zrobiłyśmy im małą konkurencję, bo okoliczne dzieciaki zamiast oglądać jak drużyna dzielnie wyciska z siebie siódme poty na boisku, stanęły do niej tyłem przyglądając się… nam :) Chłopaki strzelili 2 gole, - niestety tylko 1 został uznany – i mecz zaliczamy oczywiście do wygranych. W drodze powrotnej nie tylko dziurawe drogi sprawiały, że czułam się jak na safari, ale i cała ekipa skacząca i tańcząca z radości, a my razem z nią. W końcu nie co dzień się wygrywa no i 3 punkty trafiły na konto drużyny. Dzień radosny i owocny.
Jutro rano powitam moje przedszkolaki z Laura class, a po południu znowu zagramy w „Kamschi Karirarira” z dzieciakami z oratorium – tutejsza wersja „mam chusteczkę haftowaną” w rytmach Bemba. To moja ulubiona gra, one już to zauważyły i gdy tylko chcemy w coś zagrać otwierają szeroko oczy i pytają: „Kamsi Karirarira???”
W przedszkolu robimy Creative, Music, Science… i czasami rozkładamy ręce śmiejąc się z nauczycielami, bo wśród 45 brzdąców różne rzeczy mogą się zdarzyć. Na pytanie: „In which months are we now?” słyszymy: „We are In Zambia”. Cóż, trudno zaprzeczyć :) . Mansa i jej mieszkańcy stopniowo stają się moim domem. Codziennie rano żwawym krokiem wstaję na mszę świętą. Nie jest to moim obowiązkiem, ale za to fajnym początkiem dnia. Później zmaganie się z codziennością: hałas w przedszkolu, dzieci pełzające po podłodze i przyciskające z całej siły wygrzebane z miski zabawki, podchodzą proszą aby zawiązać buta, wytrzeć nosa, albo „przykleić się” i powalczyć o rękę „teacher”. Każdy dzień to lekcja, Czasami zastanawiam się czy tylko dla mnie, czy dzieciaki też coś z tego wynoszą. Poza tym plącze sobie język swoimi próbami Bemba (za to miejscowi mają rozrywkę) i aktualnie pracuje nad wcielaniem w życie nowego motta: „Take it easy” – jak dotąd najskuteczniejszy sposób odnalezienia się w tutejszej rzeczywistości. Przed nami cały tydzień i sporo pomysłów do wypróbowania, które spisałyśmy sobie na kartce. Ciekawe, które z nich uda się zaliczyć do„zrealizowanych”…:)

środa, 3 września 2008

Pierwsze kroki

29.08.2008 Lusaka:
Wylądowaliśmy liniami South African na lotnisku w Lusace. Wszystko odbyło się bez problemu za jedynym wyjątkiem: naszym bagażom spodobała się RPA i tam postanowiły przedłużyć swój pobyt. Co tam tylko przesiadka…! :) Nie tylko nasze walizki się zbuntowały, co dało się zauważyć po kolejce ludzi stojących przy stoisku „CLAIM LUGGAGE”. Na szczęście już wieczorkiem postanowiły wrócić do swoich właścicielek.

Sama stolica jest… jak to stwierdziłam dyplomatycznie z Jolą „inna niż te które dotychczas widziałyśmy”. Pełno w niej zarazem sklepów i marek znanych w Europie (można się odnaleźć i poczuć namiastkę globalnego świata), jak i codziennej tutejszości: ludzie na ulicach, kobiety noszą różnego rodzaju produkty na swoich głowach, brak śmietników, handel przyuliczny i środkowouliczny :) , pełno bananów, pomidorów, papaii, zapach ziemniaków pomieszany z ziemią wypaloną słońcem – swoją drogą niesamowity, boję się przyzwyczajenia do niego, a więc i jego utraty, ludzie leżą i odpoczywają w cieniu billboardów. Po ulicy śmigają niebieskie busiki (w przełożeniu nasze autobusy) załadowane ludźmi trąbiącymi i wykrzykującymi miejsce do którego zmierzają, gdyby ktoś chciał się z nimi zabrać. Jak to w stolicy: mnóstwo tu urzędów, ambasad, sklepów w kolorze zielono różowym Zain – nowej sieć telefonicznej. Nie ważne, czy sklep oferuje usługi sieci czy też po prostu materiały budowlane, kolory zielony i pink zdecydowanie dominują. Aktualnie Zambia przeżywa żałobę narodową z powodu śmierci swojego 3-ego (od czasu uzyskania niepodległości) prezydenta. Czas ten przypomina papieskie dni skupienia po odejściu Jana Pawła II. W radiu leci jedynie spokojna, nostalgiczna muzyka, a telewizja nie wyświetla nic innego poza relacjami z ceremonii pożegnalnych bądź programów o zmarłym prezydencie. W sensie organizacyjnym ludzie nie bardzo wiedzą jak do tego podejść, bo w końcu jest to pierwszy prezydent, którego Zambijczycy żegnają w ten sposób. Levy Mwanawasa cieszył się i cieszy nadal znaczącym uznaniem zarówno wśród tutejszych jak i na szerszej arenie politycznej.

Każde moje wyjście z Mornese, to nowe doświadczenie. Z daleka słyszę dzieci krzyczące „Halo Asia”. Ludzie tu pozdrawiają się cały czas i jest to chyba podstawowa zasada kulturalnej ogłady wśród Afrykańczyków. Zdecydowanie się udziela i jak dotychczas sprawia mi przyjemność. Z drugiej strony jestem zdecydowanie bardziej zauważalną istotą chodzącą – normalka -, ale patrząc na gromadkę biegających dzieci, które przy chodzącym białym ewenemencie nikną gdzieś w tłumie, robi się trochę przykro (przynajmniej w mojej europejskiej głowie).
Nie czuję się inna. Obco tak, ale sama inność między nami jest tak oczywista, że aż naturalna. Dzięki temu mam wrażenie, że szukamy czegoś więcej, a czasami się nie rozumiemy – to też dobrze, zmusza do wysiłku no i co robilibyśmy cały rok gdybyśmy się tak łatwo rozumieli :)

Po 3 dniach wyruszamy prawie 1000 km od Lusaki na północ do Mansa – mojego wymarzonego, usilnie oczekiwanego miejsca stacjonarnego :) Jedziemy w piątkę samochodem, według zasad ruchu lewostronnego. Ja z Jolą i siostrą Marią (Zambijką) z tyłu, Janusz z siostrą Zofią robią za kierowców. Jest czas na delektowanie się obrazem Zambii. Poza stolicą, roztacza się krajobraz sawanny, gdzieniegdzie wioski i coraz to ludzie spacerujący wzdłuż drogi, bądź próbujący coś sprzedać przejeżdżającym, gotują posiłki przed domem, myją dzieci, siedzą w cieniu. Trudno mówić o delektowaniu się, podczas gdy wiele elementów krajobrazu (mimo całkiem dobrej kondycji filmów dokumentalnych) wciąż nie jest dla nas europejczyków łatwe do przetworzenia. W samochodzie afrykańska muzyka, jemy popcorn i śmiejemy się mówiąc: „jak w kinie”. To dobre określenie: pierwsze wrażenia typowo zewnętrzne, powierzchowne, niczym widz przed kolorowym ekranem. Na te głębsze, prawdziwsze musicie dać mi trochę czasu :).